login: hasło:

Absolwenci Wydziału Prawa 1969

Miejsca spotkań i rozrywek

CUBA LIBRE!

 

 

Swoją zimową wyprawę

wspomina Karol Wronecki

Zima robi się coraz bardziej upierdliwa, odśnieżanie trudniejsze, więc co ma robić stary Kanadyjczyk, gdy styczeń doskwiera?  Razem z milionem innych jedzie na chwilę na Kubę aby zaznać słońca i zapomnieć o niedogodnościach. Polacy mają Chorwację czy Kretę, my mamy Cuba Libre.

Wyjazdy o tej porze roku na Południe – Floryda, Arizona, Meksyk, Dominikana, Kostaryka – to nic nowego. Wielu zamożniejszych po prostu kupuje tam mieszkania, gdzie przenoszą się na pół roku. Mniej zamożni mieszkają na Florydzie w trailerach, ruchomych domkach ze wszystkimi wygodami, które mogą ustawić w jednym miejscu teraz, by przenieść się do następnego po kilku latach. W naszym języku – a istnieje coś takiego jak Canadian English – nazywa się ich „snowbirds”, czyli „śnieżka” albo „śniegula” według Google, bo uciekają przed śniegiem.

No i jest tych kilka milionów ludzi, którzy wsiadają w samolot i za trzy i pół godziny mają na tydzień lub dwa plaże, ocean i 30 stopni. Wśród koneserów takich wyjazdów Kuba jest uważana za miejsce podrzędne, a niektórzy kręcą nosem na myśl o wyjeździe do „komunizmu”. Jedna znajoma i szlachetna dama - niegdyś z Warszawy - zadeklarowała, że nie po to uciekała z tego „komunizmu” aby teraz tam jechać.

Ja nie mam wyboru,  a z „komunizmu” dobre wrażenia, więc pierwszy raz poleciałem tam na początku 2019 roku.  Do tego czasu ucieczka przed zimą wydawała mi się niegodna honoru, była czymś co tylko robili ludzie wydelikaceni. Myślałem - mam szuflę, mam ręce, mam zimowe opony, dam sobie radę. Aż przyszło trzech znajomych dżentelmenów i mówią: „Jedź z nami, potrzebujemy do pary człowieka płci męskiej”.

I pojechałem na tę słynną wyspę. Właściwie podobało mi się wszystko – cena, kawa, słabe białe wino, czasami brak prądu – więc, gdy zbliżał się rok 2020 zwołaliśmy naradę czworga, aby pogadać o powtórce.

Po wielkich dyskusjach trzech z nas zgodziło się na wyjazd na tydzień do hotelu na wąskim pasku wysp wzdłuż atlantyckiego wybrzeża Kuby, które nazywają się Cayo – Santa Maria, Coco i Guillermo. Czwarty wyszedł obrażony, bo jego preferencje były inne.

Józef z Myślenic – jak się sam określa - przyjaciel z siłowni, który na Kubę jeździ kilkakrotnie w roku od wielu lat, tylko wzruszył ramionami i powiedział, że wybraliśmy złe miejsce ponieważ w środku wyspy jest kubańska zima i pogoda nieciekawa. My machnęliśmy ręką na jego obiekcje i kupiliśmy bilety.

Jak zwykle w styczniu śnieg spowodował, że nasz samolot wyleciał z Toronto z dużym opóźnieniem. O dziesiątej wieczorem wylądowaliśmy na lotnisku o atrakcyjnej nazwie Jardins del Rey, czyli królewskie ogrody. Jest coś oszałamiającego, gdy lądujesz tam, jesteś w kurtce, która parę godzin temu była niezbędna, a gdy otwierają się drzwi samolotu uderza fala ciepłego powietrza i kurtkę trzeba zdejmować.

Do autobusów, które przylatujących rozwoziły do różnych hoteli – a naliczyłem ich piętnaście – oprócz walizek ludzie ładowali duże i długie worki albo pudla z rowerami.  O ile było jasne co w tych pudłach, zawartość worków była zagadkowa.

Odprawa w recepcji przeszła błyskawicznie, dostaliśmy pokoje ale za chwile zgromadziliśmy się w barze by popijać to co tam najsłynniejsze – koktajle z rumu. Nie jest to napój dla każdego, ma dość charakterystyczny, jakby papierowy posmak, jednak o pierwszej w nocy nie można było wybrzydzać.

Jesteśmy na południu - rzecz, powodująca pewien zamęt w głowie, to fakt, iż mimo stycznia rano wystarczy na siebie wrzucić szorty, koszulkę i sandały by wyjść z domu - prosto i szybko. Dookoła palmy, ładne dwupiętrowe budynki w pastelowych kolorach, dobrze utrzymana zieleń w zasadzie rosnąca na piasku i od siódmej rano ogrodnicy którzy ją pieszczą. Bardzo to mile i takie inne od zimowych poranków w Toronto.

Kurort nie był przepełniony – może jedna trzecia pokoi wydawała się pusta. Przeważali Kanadyjczycy, specjalnie ci z Quebecu, gdzie zimy są legendarne.  Było nieco Argentyńczyków no i spora grupa rodaków z Warszawy i okolic. Przylecieli na dwa tygodnie, lot trwał aż dwanaście godzin a w programie mieli też trzydniowy pobyt w Hawanie.

Groteskowe było przysłuchiwanie się głośnym rozmowom rodaków, którym wydawało się, że znajdują się na bezludnej wyspie. Te nawoływania, gdy w bufecie pojawiły się krewetki, to pańskie traktowanie kelnerek czy innej obsługi. Dla kogoś kto języka Mickiewicza nauczył się w dobrej, socjalistycznej szkole, najbardziej rażąca jest postępująca infantylizacja polszczyzny.  Nie dość, że ciągle słyszało się „piwko”’, „winko” czy „masełko”, ale gdy jeden wielki i wygolony czterdziestolatek mówił do drugiego „Pawełku”, gdzie jest „Andrzejek” nóż w kieszeni się sam otwierał, by zacytować pewnego mechanika samochodowego z Wrocławia.

Od pierwszego dnia było jasne, że Józek z Myślenic wiedział co mówi – kubańska zima oznacza silny wiatr, który duje od Atlantyku i powoduje, że pobyt na pustej plaży nie należy do najprzyjemniejszych a wszystkie palmy rosną nachylone w tym samym kierunku. Choć budowaliśmy z leżaków grajdoły aby się nieco od wiatru osłonić, piasek właził w oczy i …. gdzie indziej. Można było przenieść się nad basen, gdzie wiatr nie przeszkadzał, ale tam już leżały tłumy pełne piwa i rumu a co chwila Kubańczycy albo przygrywali swoje narodowe przeboje albo jakiś kaowiec prowadził zbiorowe tańce czy śpiewy.

Właśnie na plaży szybko pojąłem co w tych tajemniczych workach przywożą niektórzy – deski surfingowe, na których szusują po wodzie, ciągnięci przez latawce szybujące 20 metrów nad głową. Wiatr jest dla nich atrakcją a nie utrapieniem i okazało się, że Cayo Coco i okolice są dobrze znane wśród amatorów desek, którzy przylatują nawet z Europy, aby przez tydzień lub dwa bezszelestnie ślizgać się po falach.

Widziany z plaży, jest to zresztą bardzo ładny, by nie powiedzieć elegancki, sport. Jednego dnia naliczyłem na niebie ponad trzydzieści tych kolorowych latawców i uczepionych pod nimi surferów. Z bliska jednak było widać, jak trudno jest taką wielką płachtę materiału o rozpiętości nawet 6 metrów opanować i sterować. Start i wygaszenie latawca są niełatwe – któregoś dnia pomogliśmy rozplątywać sznurki latawca jednemu z surferów z Rosji a zmęczony żeglarz powiedział nam, że zabrało mu to sześć godzin!

Choć kraj jest biedny, lokalny personel wydawał się zadowolony ze swojej egzystencji co ich podobno odróżnia od ludzi pracujących w meksykańskich kurortach. Wszyscy żyją z napiwków ale nie są przy tym ani nachalni, ani służalczy ale uśmiechnięci i naturalni. Gołym okiem widać prywatną inicjatywę w formie plażowych restauracji czy wielkiego wyboru turystycznych pamiątek, a jakąś znajomość angielskiego ma prawie każdy pracownik.

No i po siedmiu dniach takiego dolce far niente, słodkiego nieróbstwa, słońca i obfitego jedzenia popijanego hiszpańskim winem, trzeba było szorty i sandały zapakować by wracać do zimowej rzeczywistości. Gdy dojechałem do domu o 3.30 rano żona kazała mi siąść i oznajmiła, że zdechł Henry, nasz osiemnastoletni kot. Szkoda … on mnie ignorował, ja podobnie, ale w końcu był członkiem rodziny przez lata.

Potem zrobiła przerwę … i ze łzami w oczach powiedziała, że nagle zmarła nasza 77 letnia znajoma, Carroll.  Cholera, może jednak lepiej nie próbować uciekać przed zimą bo dzieją się wtedy rzeczy niemile?

24 lutego 2020

Galeria zdjęć

Więcej z działu "Miejsca spotkań i rozrywek"...

  1. Wiosna – Zimą – dodatek do wspomnień o Rajdzie Marzanny
  2. CUBA LIBRE!
  3. WIOSNA - ZIMĄ
  4. Karol wspomina przyjemne chwile roku 2017
  5. Z twoją córką? Nigdy
  6. Każdy ma taką wyspę na jaką sobie zasłużył
  7. Wywar z przywar: Depresja Komika
  8. Roman Sobczak „NASI MUZYKANCI”
  9. Andrzej Grzebyk Superstar
  10. Rajdy turystyczne – rozrywka i edukacja okresu naszych studiów

Copyright © 2014 | Łukasz Parysek & Absolwenci Wydziału Prawa 1969