login: hasło:

Absolwenci Wydziału Prawa 1969

Wrocław z drugiej połowy lat sześćdziesiątych

Marzec 1968

 

 taki został w mej pamięci

 Po 50 latach o wydarzeniach marca 1968r. wspomina dla nas Tadeusz Dobiecki (RG)

                 Nasz Ul

W naszym akademiku – w Ulu na Komuny Paryskiej 21, niemal wszyscy mieszkańcy byli z Wydziału Prawa. Było nas kilkudziesięciu. Wszyscy się znaliśmy, było wiele przyjaźni. Ostatnie dwa lata mieszkałem z Markiem Rafalskim i Romanem Sobczakiem. Byliśmy blisko z kilkunastoma chłopakami z naszego roku. Nasze codzienne życie w akademiku obfitowało w wiele ciekawych zdarzeń (o których może kiedy indziej).

W akademiku znajdował się radiowęzeł, ale kto by go słuchał, wiadomości czerpaliśmy głównie z Wolnej Europy. Po dzienniku o 22-tej, codziennie słuchaliśmy naszej ulubionej audycji - Fakty, Wydarzenia, Opinie. Audycja poprzedzona była charakterystycznym sygnałem dźwiękowym. Marek zawsze komentował – „jadą z koksem”.

Oczywiście nie wszystko można było usłyszeć, bo było zagłuszanie a „fala uciekała”. Była to jednak jedyna możliwość zapoznania się z wiadomościami, które nie były oficjalną propagandą.

Dzięki Wolnej Europie znaliśmy wydarzenia, o których było cicho w gazetach, czy telewizji. Akademiki, podobnie jak nasz, stały się rozsadnikami idei, które wybuchły w Marcu 1968 r.

W akademikach się zaczęło.

                        Przed Marcem

Nasz Marzec nie zaczął się w marcu, ani się w marcu nie skończył. Zwiastowały go wcześniejsze zdarzenia, o których informowała Wolna Europa na bieżąco lub z niewielkim tylko poślizgiem.

Od lata 1967 w oficjalnej prasie radiu i telewizji obecny był brutalny państwowy antysemityzm. Był wtłaczany do głów nachalną propagandą w prasie, radiu i telewizji.

                     Truciznę kłamstwa, nienawiść, pogardę

                     Do braci naszych w serca nam lali

                     Oni w te kłamstwa wierzyli naprawdę

                    I od nas oni tego żądali

Antysemickie czystki zmiotły nie tylko funkcjonariuszy PZPR, oficerów milicji i wojska, ale dosięgły również naukowców, artystów, lekarzy. O czystkach Wolna Europa nie musiała mówić, bo oficjalne władze się nimi chwaliły. O kulisach natomiast trzeba się było dowiedzieć z Wolnej Europy. Stamtąd dowiedzieliśmy się, że stała za tym grupa Mieczysława Moczara.

W Czechosłowacji zaczęła się Praska Wiosna. Nastąpiła demokratyzacja życia, ograniczenie cenzury, krytyka działań partii, ograniczenie wpływów ZSRR. Wydarzenia za pobliską granicą miały wpływ na nastroje w polskim społeczeństwie. Skoro mogą Czesi …, to tym bardziej możemy my.

Ważnym etapem w narastaniu nastrojów były „Dziady”. Gdyby nie Wolna Europa, ile osób byłoby w stanie się o tym dowiedzieć? „Dziady” wystawione w Teatrze Narodowym w Warszawie w reżyserii Dejmka, były odbierane jako antyradziecka demonstracja. A już bez wątpienia taką demonstracją było zachowanie publiczności, która reagowała jednoznacznie. Skutkiem tego władza – KC PZPR, postanowiła Dziady zdjąć z afisza.

Ostatni spektakl w styczniu 1968 przerodził się w uliczną demonstrację. Po spektaklu studenci z hasłami przeciw cenzurze i antyradzieckimi, przeszli pod pomnik Mickiewicza, gdzie złożono kwiaty, skandowano hasła. Demonstrowano też w obronie Michnika i Szlajfera – relegowanych z uczelni. W tym czasie Jacek Kuroń przebywał chyba w areszcie. Było pałowanie, gaz, zatrzymano kilkadziesiąt osób, a kolegia wymierzyły im grzywny za zakłócanie porządku.

Pamiętam, że w akademiku i na Wydziale Prawa zbieraliśmy podpisy pod protestem w sprawie zdjęcia „Dziadów” i ukaraniu studentów grzywnami.

Niedługo potem Związek Literatów Polskich podjął rezolucję, protestując przeciwko cenzurze. Władza rozpętała kampanię antyinteligencką. Osoby, które podpisały rezolucję objęte zostały zakazem druku.

Kampania antyinteligencka wynikała wprost z przemówień towarzysza Wiesława, prasy i telewizji, a protestujący studenci byli nazywani wichrzycielami i odsyłani do nauki. O przyczynach wiedzieliśmy z Wolnej Europy. W akademiku dyskutowało się o tym. My identyfikowaliśmy się ze studentami z Warszawy i z inteligencją.

Ta kampania była również przeciwko nam. Atmosfera była gęsta i nic dziwnego, że w najbliższych dniach wybuchło.

Wrocław nie był jedyny. Podobnie było we wszystkich ośrodkach akademickich. W wielu miastach milicja atakowała i pałowała demonstrujących studentów.

                    Marzec

W naszym akademiku ogień pod beczkę prochu podłożył Józek Birka. 8 marca Birka był w Warszawie i uczestniczył w wiecu na Uniwersytecie Warszawskim. Wiecu przeciwko zdjęciu „Dziadów”, przeciwko cenzurze, w obronie Michnika i Szlajfera. Wiec został rozpędzony przez ZOMO, ORMO i „aktyw robotniczy”. Józek przywiózł deklaracje, ulotki i doświadczenia bezpośredniego uczestnika. Wydaje mi się, że to spotkanie miało miejsce u nas w Ulu w sobotę 9 marca.

Większość mieszkańców Ula już wiedziała o zajściach w Warszawie z Wolnej Europy, bo nie tylko my tej rozgłośni słuchaliśmy, a wieści rozchodziły się szybko.

Sala telewizyjna w akademiku na spotkaniu z Birką, była pełna, atmosfera gorąca.

Następnego dnia, w niedzielę - dziesiątego, pojawiły się hasła wywieszone na naszym Ulu, na Dwudziestolatce i innych akademikach. Krążyły ulotki. W stołówkach na Kuźniczej i Szewskiej pojawiły się plakaty i wszyscy rozmawiali o wkroczeniu Milicji na Uniwersytet Warszawski, pałowaniu uczestników o konieczności protestów, wyrażeniu sprzeciwu przeciwko biciu, przeciwko cenzurze, antysemityzmowi.

W poniedziałkowej oficjalnej prasie znalazły się informacje: „wrogowie Polski Ludowej, wichrzyciele i bananowa młodzież” zorganizowała ekscesy na Uniwersytecie Warszawskim, informowano, że musiał wkroczyć aktyw robotniczy i MO w celu przywrócenia porządku.

Taki ton prasy i grubymi nićmi szyte kłamstwa doprowadziły do wybuchu. Samorzutnie powstały wiece. Na naszym Wydziale wiec trwał kilka godzin.

                    Wieża

W budynku głównym Uniwersytetu na wieży mieściły się siedziby uniwersyteckich zarządów ZSP, ZMS i ZMW.

Byłem członkiem ZMS i chociaż nie byłem żadnym funkcyjnym, to towarzysko bywałem na Wieży, w Zarządzie Uczelnianym ZMS. Po zakończeniu wiecu na naszym Wydziale – wydaje mi się, że był to poniedziałek 11 marca – Heniek Gajda powiedział, że musimy iść na Wieżę.

Na wieży był już Andrzej Budzeń – przewodniczący Zarządu Uczelnianego ZMS i jeszcze 5 – 6 osób z różnych wydziałów, przewodniczący powiedział, że w KW PZPR polecili mu ostro przeciwstawiać się „krzykaczom” z nielegalnych wieców i zorganizować konkurencyjny wiec przeciwko wichrzycielom. Wymyślali hasła. Nastrój był smętny, bo w aktualnej sytuacji było to bezsensowne i niewykonalne.

Do sąsiedniego pokoju, należącego do ZSP, przyszło 6 - 7 osób z Akademickiego Klubu Turystycznego, które znałem z rajdów.

Pożyczyli maszynę do pisania. Po pewnym czasie zwrócili ją i przynieśli dwie kopie piosenki, którą przepisywali. Powiedzieli, że otrzymali ją z Warszawy a była to piosenka rajdowa, której słowa zostały adaptowane do aktualnej sytuacji o zdjęciu „Dziadów” przez cenzurę.

Budzeń oznajmił, że musi zawiadomić Komitet Uczelniany PZPR, o tym, że w ZSP piszą ulotki.

Ja i jedna z dziewczyn prosiliśmy, by nie donosił, bo to koledzy i nic złego nie robią, a ulotki pisze wiele osób. On jednak zadzwonił.

Ja wyszedłem i nigdy już więcej na Wieżę do ZMSu nie poszedłem. Członkiem ZMSu też przestałem być.

Następnego dnia w Wieczorze Wrocławia ukazał się artykuł, jak to młodzież ZMS zdemaskowała na gorącym uczynku wichrzycieli produkujących ulotki szkalujące władze państwowe i partyjne. Wymieniono imiona, nazwiska, pochodzenie, imiona i nazwiska rodziców, ze wskazaniem kto z nich miał żydowskie pochodzenie. Artykuł był wyraźnie antysemicki i wpisywał się w ogólny nurt obowiązujący w oficjalnej prasie. Ten artykuł, chyba wbrew zamierzeniom spowodował dalszą radykalizację i wyzwolił wielkie emocje, a opisani stali się bohaterami.

                    Dlaczego Ela, w marcu pisali

                   Żeś ćwierć Żydówka i Polski wróg

W środę – dalsze wiece, żądania opublikowania w prasie naszych rezolucji i żądań oraz zapowiedź strajku okupacyjnego na czwartek. W naszym akademiku wrzenie. Większość zgodna była co do tego, że demonstracje na ulicy doprowadzą do starć z milicją i aresztowań oraz, że trzeba zrobić wszystko, by tego uniknąć.

                    Strajk

W marcu raczej nie używaliśmy określenia strajk, tylko wiec. Od poniedziałku w naturalny sposób nawiązywały się kontakty międzyuczelniane. Czwartkowe /14.03/ strajki okupacyjne rozpoczęły się na wszystkich wrocławskich uczelniach w godzinach popołudniowych.

U nas na Uniwersytecie Rektor Jahn zgodził się na wiec, który miał trwać kilka dni. Jak się okazało, żądania demokratyzacji poparła nawet Podstawowa Organizacja Partyjna na Wydziale Prawa. Rektor nie chciał dopuścić do tego by studenci wyszli na ulicę. Tam na pewno doszłoby do konfrontacji i tragicznych skutków.

Zachłysnęliśmy się wolnością, chociaż wiedzieliśmy, że to na krótko, że być może wkroczy milicja z pałami i gazem.

Byliśmy w euforii, a pierwszego dnia atmosfera była wręcz świąteczna.

Wiecowaliśmy, pisaliśmy rezolucje, ulotki z apelami do robotników, podziękowania do mieszkańców, którzy nam pomagali, nie zgadzaliśmy się na antysemityzm, niszczenie ludzi, kłamstwa, lżenie kolegów, bicie i pacyfikacje.

Atmosfera strajku przypominała zakończenie rajdu. Były śpiewy, opowieści, koncerty. Wykłady z historii dotychczas zakazanej. Występy dawał Kalambur. Tablice z imieniem Bieruta zostały zamalowane lub zaklejone.

Powstał komitet wiecu, bo trzeba było przyjąć ramy jakiejś organizacji, kierować dyskusją, utrzymywać kontakt z rektorem, wybrać porządkowych, zadbać o posiłki i załatwiać wiele bieżących problemów. Nasza Baśka Trzeciak była w ścisłym kierownictwie.

Wiecowaliśmy, a potem spaliśmy w Auli Leopoldina, w sali Longschampsa, Balzera.

Nie jestem w stanie przypomnieć sobie wszystkich żądań, ale żądaliśmy prawdziwych informacji i zaprzestania szerzenia antysemityzmu, likwidacji cenzury uwolnienia aresztowanych i ukarania winnych pobicia studentów w innych ośrodkach akademickich, zapewnienia, że nie będziemy represjonowani po zakończeniu strajku.

 

Zdarzenia na wieży miały nieoczekiwany ciąg dalszy w czasie strajku. Gdy ja wyszedłem, a Budzeń zawiadomił uniwersytecką organizację partyjną, że w pokoju ZSP piszą ulotki, przyszedł tam dr Hajduk /prawdopodobnie z jeszcze jednym członkiem egzekutywy/.

Hajduk spisał nazwiska wszystkich obecnych, skonfiskował egzemplarze ballady i jakieś plakaty.

W czwartek kręcił się gdzieś po gmachu, został rozpoznany i doprowadzony na salę. Zarzucono mu, że jest antysemitą, a on uznał że atak jest najlepszą obroną: doniósł do Wieczoru Wrocławia i na milicję, podał nazwiska kolegów, którzy przepisywali piosenkę. Nie pamiętam, czy wszyscy, ale co najmniej dwie osoby z tej grupy – o żydowskich nazwiskach miały sprawy sądowe. Po strajku zostali aresztowani.

Sąd nad Hajdukiem trwał ponad godzinę. Oczywiście nie stał tam przed setkami wkurzonych ludzi z własnej woli. W jakimś momencie zrobiło się zamieszanie i Hajdukowi udało się uciec.

Z telefonami były problemy a dodatkowo na pewno były na podsłuchu. Nie wiedzieliśmy co dzieje się na innych uczelniach. Wieczorem zapadła decyzja, że trzeba wysłać łączników do innych uczelni, by poinformowali o sytuacji na Uniwersytecie i dowiedzieli się co u nich. Ponieważ miałem znajomych na Politechnice, zgłosiłem się, że tam pojadę. Pojechałem z jakimś chłopakiem z Geografii. Musieliśmy się jakoś bokiem przedostać na Rynek do tramwaju, w pobliżu było pełno milicji i SB. Baliśmy się by nas nie zatrzymali. Dotarliśmy na Politechnikę. Tam wejścia też były pozamykane. Dyżurowała ochrona, tak jak i na Uniwersytecie. Wylegitymowali nas, a gdy okazało się, że jesteśmy wysłannikami z Uniwersytetu, doprowadzili nas do ich komitetu. Opowiedzieliśmy o sytuacji na Uniwersytecie.

Na Politechnice Rektor nie wyraził zgody na wiec, dlatego strajkujący obawiali się, że Rektor wpuści milicję która ich spacyfikuje. Nam udało się wrócić bez komplikacji. Chwilę trwało zanim nam otworzyli zaryglowane drzwi Uniwersytetu, ponieważ w pobliżu było kilku tajniaków. Baliśmy się by nas nie pobili. Łącznicy, byli wysyłani co kilka godzin na inne uczelnie przez cały czas trwania strajku. Podobnie do nas przychodzili łącznicy z innych uczelni. W ten sposób trwał przepływ informacji.

Spaliśmy gdzie się dało. Najlepsze miejsca były oczywiście na ławkach, ale nie dla wszystkich starczało. Większość spała na podłodze, ja też.

Rano wzruszająco zaskoczyli nas mieszkańcy Wrocławia.

Koszyk bułek od tramwajarek, chleb od kwiaciarek, podobnie z Archimedesa i innych zakładów. Wiele drobniejszych datków, a to parę bułek, pączki, kanapki, od zwykłych ludzi, którzy sobie od ust odjęli. Wszystko z poparciem i życzeniami wytrwania, przekazywanymi przy wręczaniu, jak również słowa poparcia wygłaszane na sali. Zosia Kuźmicka przypomniała mi, że koszyk bułek, chleb, marmolada, worek jabłek przyjechały wozem konnym z hali targowej. Pamiętam też Żuka z większa ilością żywności.

W piątek dalej wiecujemy. Rozchodzą się plotki, że milicja wejdzie do Uniwersytetu. Nie damy się, wytrwamy. Część ludzi wyszła. Nie wszyscy z powodu strachu. Większość pozostała. Atmosfera gorsza niż dnia poprzedniego.

Wtedy tego nie wiedzieliśmy, ale później okazało się, że było blisko wkroczenia. Obronił nas Rektor prof. Alfred Jahn. Dowódca z milicji w randze pułkownika, żądał od rektora, by ogłosił, że dalszy strajk jest nielegalny, że ma nas zmusić do opuszczenia Uniwersytetu.

Później się mówiło, że rektor podjął pułkownika koniakiem. Długo rozmawiali, a koniak był nie tylko jeden. Pułkownik został spacyfikowany. Nie weszli. Zostaliśmy do soboty.

W piątek gazety pisały o grupkach wichrzycieli i przeciwnikach politycznych dających posłuch syjonistom.

W nocy, a właściwie nad ranem miało miejsce zdarzenie obrazujące do czego była zdolna władza. Około trzeciej byłem u chłopaków, którzy mieli dyżur przy głównym wejściu. Usłyszeliśmy rozmowę, a później uderzenia i upadek ciała. Otworzyliśmy lekko drzwi. Niedaleko leżał jakiś człowiek. Dwóch innych, po których od razu było widać, że to tajniacy, stało kilka metrów dalej. Powiedzieli, że tak będzie z nami, wskazując na leżącego. Po chwili odeszli. Przenieśliśmy tego nieprzytomnego, skatowanego człowieka do przedsionka Uniwersytetu. Wezwanie pogotowia nie było proste. Telefony nie działały, a on przytomności nie odzyskiwał. Był trochę starszy od nas. Nie wiem czy był studentem. Jeden z chłopaków poszedł szukać telefonu i po pewnym dłuższym czasie, pogotowie zabrało, ciągle nieprzytomnego chłopaka.

Rano reaktor zaapelował, byśmy z wyjściem nie czekali do 15-tej, tylko wychodzili małymi grupkami od rana. Chodziło o to, by nie dać pretekstu milicji do rozpędzenia pochodu.

Komitet strajkowy zaapelował do wszystkich, by podziękować mieszkańcom Wrocławia za wsparcie i pomoc.

Został zredagowany przez Komitet tekst ulotki. Każdy miał przepisać ulotkę 5 – 10 razy i rozdać po wyjściu. W ulotce była informacja, że naszej sprawy nie uznajemy za zakończoną, że dziękujemy i zapowiadamy dalsze działania.

Już w sobotę powstała i została wydrukowana ulotka podpisana przez Komisję Organizacyjną Wieców Uczelnianych.

Była sobota, wyszliśmy około godz. 8, ja, Marek Rafalski, Edziu Stelmasik, ktoś jeszcze z akademika.

W te marcowe dni posmakowaliśmy wolności.

Dla naszego pokolenia, byliśmy MY i byli oni.

Rektor Jahn ściskał rękę wszystkim wychodzącym i życzył powodzenia.

Wychodziliśmy NIEZWYCIĘŻENI

                     Frania

W momencie wyjścia ze strajku zaczęła się konspiracja.

Część ulotek z podziękowaniami i informacjami, już jako konspiratorzy, położyliśmy w kościele przy ul. Świdnickiej, na klatkach schodowych, część rozdaliśmy osobom na ulicy. Zostały też rozrzucone z okien Uniwersytetu.

Niemal natychmiast po strajkach powstał Komitet Międzyuczelniany (nie wiem czy to właściwa nazwa), który koordynował i kierował dalsza działalnością. Nasza Baśka Trzeciak co najmniej przez pewien czas w nim uczestniczyła.

Jedyną dostępną formą przekazywania naszych idei, żądań i informacji była akcja ulotkowa. No i przekazywanie informacji na zachód, by mogła je potem przekazać Wolna Europa. Wiadomo jak było to trudne.

Jak produkować ulotki, skoro powielacze w całym Wrocławiu, zostały zabrane przez milicję. W biurach maszyny do pisania były ściśle pilnowane, a po zakończeniu pacy zamykane, by nikt ich nie udostępnił.

Niebezpieczna była produkcja ulotek, ale również ich kolportaż.

Mimo wszystko jakoś udawało się je produkować i potem kolportować.

Kilka razy dostałem do rozprowadzenia ulotki. Najbezpieczniejsze było rozkładanie ich w klatkach schodowych. Zostawiało się je też w stołówkach.

Ciągle był jednak problem z ich produkcją. Dostęp do maszyny do pisania nie załatwiał problemu, bo mając papier przebitkowy i kalkę można był jednorazowo napisać nie więcej niż jakieś pięć egzemplarzy. Przy użyciu najprostszego powielacza można było wyprodukować w krótkim czasie co najmniej kilkadziesiąt egzemplarzy.

Ale Polak potrafi. Postanowiłem „wynaleźć” powielacz.

By powielić tekst, potrzebny jest: papier kredowy, kalka hektograficzna, maszyna do pisania, powielacz, denaturat, papier do odbitek.

Uznałem, że jeżeli będę miał matrycę, to będę w stanie w akademiku powielać tekst.

Postanowiliśmy z Romkiem Sobczakiem zmierzyć się z tym problemem. Romek, jako czołowy harcerz, miał w Komendzie Chorągwi ZHP „dojście” do zakazanej maszyny do pisania, kalki i papieru kredowego.

Odpowiedzieliśmy na zapotrzebowanie Komitetu Międzyuczelnianego, który dał nam tekst potrzebnej ulotki.

Romek przyniósł gotową matrycę z tekstem na papierze kredowym.

Za powielacz posłużyła nam poczciwa pralka Frania. Pralka znajdowała się w piwnicy akademika i była do naszego użytku. Nikt specjalnie z niej nie korzystał, bo koszule prało się w miednicy. Frania na wyposażeniu miała wyżymaczkę, a ja byłem pomysłodawcą zaadoptowania jej jako powielacza.

Mieliśmy „zorganizowany” papier powielaczowy (chyba też Romek go przyniósł). Ja kupiłem denaturat i pewnego wieczoru poszliśmy powielać.

Frania nie działała tak wydajnie jak prawdziwy powielacz. W powielaczu wszystko odbywało się automatycznie. Przy Frani trzeba było najpierw zwilżyć denaturatem kartkę papieru powielaczowego, złożyć razem z matrycą i przepuścić między wałkami wyżymaczki.

W prawdziwym powielaczu jeden wałek na który zakładało się matrycę był metalowy, co powodowało, że papier wychodził gładki. Frania miała dwa wałki gumowe, które marszczyły papier. Mimo wszystko ulotki były do przyjęcia a właściwie do przeczytania. Wyprodukowaliśmy kilkadziesiąt sztuk.

Zostawiłem sobie jedną na pamiątkę, jednak w czasie kilku przeprowadzek zawieruszyła się gdzieś – podobnie jak kilka marcowych rezolucji.

Frania się spisała, ale nie powtórzyliśmy więcej powielania.

Od nawilżania każdego arkusza denaturatem, nawdychaliśmy się oparów, tak że prawie się zaczadziliśmy. Denaturat czuć było nie tylko w piwnicy, ale również na portierni. Portierka była ciekawa dlaczego tak śmierdzi. Zobaczyła także plik kartek.

Ulotki oczywiście zostały rozprowadzone.

Na Politechnice mieli znacznie większe możliwości techniczne niż nasza Frania. Wraz z Barnabą, (nazwiska nie pamiętam), kolegą z akademika z drugiego roku, mieliśmy przewieźć z Ula do akademika Politechniki T-2 na Placu Grunwaldzkim kilkanaście kilogramów papieru. Papier załadowaliśmy do 2 dużych toreb podróżnych. W tramwaju skasowaliśmy bilety. Przed Placem Grunwaldzkim weszli kontrolerzy. Ja pokazałem swój bilet i dali mi spokój. Barnaba miał manię zwijania biletów w kulki. Miał ich w kieszeniach całą masę. Niestety tego prawidłowego nie mógł znaleźć. Kanary zabrały go z sobą. Pozostawił mi swoją torbę. Ja niestety nie miałem namiaru na odbiorcę papieru. Gdybym został z tym złapany przez milicję miałbym przechlapane. Postanowiłem czekać. Za brak biletu przecież go nie aresztują, a obciążający towar zostawił mnie. Po pewnym czasie Barnaba przyjechał. Zawieźli go na pętlę, tam rozprostował wszystkie kulki i znalazł właściwy bilet, więc go puścili.

Papier dostarczyliśmy do właściwego odbiorcy w T-2 i ulotki zostały wyprodukowane i rozdane.

                       1 maja

Oficjalna propaganda raczyła informacjami o „spontanicznych” wiecach poparcia polityki partii, na których królowały transparenty - „Literaci do pióra”, „Studenci do nauki”, „Syjoniści do Syjamu”.

Jeszcze w marcu Komitet Międzyuczelniany zarządził bojkot zajęć, a potem dzień bojkotu stołówek studenckich. Bojkoty się udały przyprawiając o złość władzę.

W akademiku mieliśmy wiadomości z pierwszej ręki o przedsięwzięciach i działaniach Komitetu. W pewnym momencie w jego skład wszedł Marian Snopkowski z V roku i Janusz Kempa z II roku, obydwaj z naszego Ula, obydwaj moi przyjaciele.

Ulotki, bojkoty, ciągły ferment na uczelniach były solą w oku władz. Myślę, że wszyscy zajmujący się konspiracją czuli na plecach oddech SB. Ja go czułem, gdy drukowałem i roznosiłem ulotki, gdy przewoziłem papier.

Z Wolnej Europy wiedzieliśmy, że w całym kraju trwają represje – aresztowania, wydalania ze studiów, wcielanie do wojska. We Wrocławiu było spokojniej – ale do czasu.

W kwietniu nastąpiły aresztowania członków Komitetu Uczelnianego. SB aresztowało kilkanaście osób. Między innymi został aresztowany Janusz Kempa.

Zbliżał się 1 maja. Oficjalne organizacje apelowały o wzięcie udziału w pochodzie pierwszomajowym.

Krótko przed pierwszym dotarła informacja, że Politechnika organizuje 1 maja manifestację w obronie aresztowanych studentów.

Pochód Politechniki miał się formować w pobliżu Dworca Głównego, a więc w pobliżu naszego Ula. Ja i wielu z akademika przyłączyliśmy się do Politechniki.

Kontrmanifestacja wyodrębniała się wśród zebranych hasłami i transparentami. Na transparentach znajdowały się głównie żądania uwolnienia aresztowanych, ale również apele do mieszkańców i żądania polityczne. Mieszkańcom na trasie pochodu rozdawane były ulotki.

Trybuna z notablami znajdowała się na Placu PKWN. Przed trybuną nasz pochód się zatrzymał. Rozwinęliśmy wszystkie transparenty, skandowaliśmy hasła z żądaniami uwolnienia aresztowanych studentów, prasa kłamie, chodźcie z nami i inne.

Notable na trybunie wyglądali na zupełnie zgłupiałych, za wyjątkiem radzieckiego generała, który pewnie nie znał polskiego, oklaskiwał nas i pozdrawiał gestami.

Nasz pochód zatoczył koło i ponownie wszedł na trasę oficjalnych pochodów. Według mojej pamięci przyłączały się do nas coraz to nowe osoby, głównie z Uniwersytetu.

Ponownie przeszliśmy przed trybuną i ponownie skandowaliśmy hasła. Każdy z nas miał świadomość, że podejmujemy ryzyko, narażamy się na represje, może spałowanie, może wyrzucenie ze studiów, może aresztowanie.

Warto było to ryzyko podjąć, by znowu poczuć trochę wolności, pokazać, że się ich nie boimy, wyrazić solidarność z aresztowanymi. No i bezcenne było zobaczyć miny tych na trybunie i pozdrowienia radzieckiego generała.

Oczywiście ponownie były skandowane hasła. Ludzie na chodnikach bili nam brawo.

Po ponownym minięciu trybuny przeszliśmy na Podwale koło Komendy Wojewódzkiej MO. Tam skandowane były hasła z żądaniem uwolnienia aresztowanych studentów. Dalej nasz pochód szedł w kierunku Placu Grunwaldzkiego. Na razie milicja nie interweniowała.

Na Podwalu pochód zatrzymał się pod domem dra Krasnodębskiego, który prowadził głodówkę z żądaniem uwolnienia aresztowanych studentów. Odśpiewaliśmy mu Sto Lat i skandowaliśmy hasła z poparciem.

Mimo, że ludzie się wykruszali, to w pochodzie nadal było kilkaset osób, a może więcej. Szliśmy całą szerokością ulicy i chodników. Gdzieś na ul. Kołłątaja pojawiły się milicyjne suki, z milicjantami w hełmach i z pałami. Przez megafony żądali rozejścia się. Samochodami zatarasowali ulicę. Odśpiewaliśmy międzynarodówkę i hymn. Przeszliśmy między samochodami i znowu uformował się pochód.

Milicja zastosowała nową technikę. Uformowali kolumnę z samochodów, jechali wzdłuż pochodu, stopniowo spychając nas na chodnik. Pochód, który przemieszczał się wąskim chodnikiem, na dużej długości stracił swą siłę. Mimo tego doszliśmy na Plac Grunwaldzki, gdzie odśpiewaliśmy hymn. W pobliżu akademików Politechniki przemarsz się zakończył.

Wieczorem mówiła o nas Wolna Europa. Tylko we Wrocławiu odbył się taki pochód. W gazetach nazajutrz były informacje o „nielicznej grupie”, która zachowywała się prowokacyjnie i zakłóciła porządek.

W czasie pochodu SB robiło zdjęcia, które posłużyły do identyfikacji uczestników.

Na Politechnice wiele osób dotknęły restrykcje w związku z udziałem w pochodzie. Około 100 osób wydalono ze studiów, lub zawieszono, a następnie powołano do wojska.

SB zidentyfikowało taż kilkanaście osób z Uniwersytetu. Ja jakoś nie zostałem zidentyfikowany. Kilku kolegów z akademika były wzywanych na milicję w celu identyfikacji, ale represje chyba nikogo od nas nie dotknęły. Na Uniwersytecie nikt nie był również specjalnie represjonowany. Podobno znowu to była zasługa Rektora Jahna.

Mimo aresztowań członków Komitetu Międzyuczelnianego, działał on w dalszym ciągu w uzupełnionym składzie. Czerwiec i sesja egzaminacyjna, a potem wakacje wygasiły emocje.

W okresie wakacyjnym ruszyły procesy. Nie tylko Komitetu Międzyuczelnianego, również 2 chłopaków, którzy przepisywali piosenkę na wieży, ale także kilku wydawców i kolporterów ulotek. Jeden z aresztowanych i sądzonych wpadł na taki sam pomysł jak ja i wykonywał je przy użyciu wyżymaczki, która stanowiła dowód rzeczowy w sądzie.

W sierpniu miałem miesięczną praktykę w Prezydium WRN we Wrocławiu, a mieszkałem w Parawanowcu na Placu Grunwaldzkim. Kilka razy poszedłem na rozprawę kolegów studentów. Legitymowali nas przy wejściu. Przykro było patrzeć, na aresztowanych – była wśród nich dziewczyna (chyba nazywała się Surmacz).

Pewnego dnia przez wiele godzin przez Plac Grunwaldzki jechały samochody z wojskiem, z czołgami na naczepach, transportery opancerzone. Wszystkie z rosyjskim wojskiem. Wszystkie oznaczone szerokim białym pasem od maski po tył. Jechali do Czechosłowacji. Nasze wojsko i z pozostałych demoludów również wzięły udział w inwazji. Mnie było wstyd, że mój kraj bierze w tym udział, a propaganda trąbiła o sukcesie.

Latem w ciszy i smutku, i tylko czasem Wolna Europa coś mówiła, rozgrywał się dramat naszych przyjaciół. Wyjeżdżali.

Nasi znajomi, przyjaciele, Polacy z żydowskimi korzeniami zostali wygnani z Polski.

Zabrano im obywatelstwo i wręczono dokument podróży uprawniający do przekroczenia granicy tylko w jedną stronę.

                    O świcie Ela, na peron trzeci

                   Zajechał pociąg hańby i łez

                   Polska wyrzuca dziś swoje dzieci

                    Gomułka kazał – idź Żydzie precz

Jesienią okazało się, że nie ma Teresy, Staszka, Eli, Rajki, Zenka i innych. Dopóki ich nie zabrakło, nie wiedziałem, że mieli żydowskie pochodzenie.

Kończył się nasz Marzec. W kalendarzu naszych miesięcy był równie ważny co Październik, Grudzień i Sierpień, a wcześniej Listopad i Styczeń.

Ps. Nie wiedziałem, że tyle uda mi się wygrzebać z pamięci. Na pewno nie ustrzegłem się błędów, ale tak to pamiętam

Dla mnie historia zatoczyła koło. Znów tak jak w Marcu, po drugiej stronie są oni. Znów protestowałem – tym razem w obronie sądów. Znów się nie zgadzam, że w mojej Polsce gwałcona jest demokracja, nie zgadzam się na wyprowadzanie mojego kraju z Europy, na robienie wrogów z sąsiadów, na skonfliktowanie z całym światem. Nie zgadzam się na państwowy antysemityzm.

Nie bałem się w Marcu i teraz też się nie boję tego powiedzieć po pięćdziesieciu latach.

                          Tadeusz Dobiecki 2018r.

Zobaczcie też: http://www.absolwenciprawa69.pl/kategoria.php?artykul=50&kat=8

           oraz http://www.absolwenciprawa69.pl/kategoria.php?artykul=4&kat=8

 

1 marca 2018

Galeria zdjęć

Więcej z działu "Wrocław z drugiej połowy lat sześćdziesiątych"...

  1. Marzec 1968
  2. Młody i wysoki
  3. Ponieważ już marzec, to wspomnijmy Marzec 68.
  4. Mój "Marzec 1968"
  5. Nasz Wrocław lat sześćdziesiątych

Copyright © 2014 | Łukasz Parysek & Absolwenci Wydziału Prawa 1969