login: hasło:

Absolwenci Wydziału Prawa 1969

Zajęcia

Praktyka robotnicza na roku zerowym

 

 

Był rok 1965.

Pełnia lata, lipiec.

Wspomina Danuta Sobolewska

Właśnie odtańczyłam taniec radości, skacząc  na jednej nodze wokół mojej mamy Bronisławy i babci Anastazji, z powodu otrzymania pisemnej informacji z Dziekanatu Wydziału Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego (im. Bolesława Bieruta) o przyjęciu mnie na I rok studiów stacjonarnych, po zdanym egzaminie wstępnym na tę uczelnię. Studia miały się rozpocząć 1 października, wobec czego z przyjemnością myślałam, że mam przed sobą perspektywę beztroskich i jeszcze długich wakacji.

Za kilka dni otrzymałam jednak kolejne pismo z Dziekanatu, zobowiązujące mnie do odbycia czternastodniowej praktyki robotniczej przed rozpoczęciem studiów. Z pisma wynikało, że zaliczenie tej praktyki jest obowiązkowe, a po jej zaliczeniu otrzymam punkty, pozwalające na ubieganie się o stypendium mieszkaniowe czyli miejsce w akademiku. W celu odbycia praktyki należało się zgłosić w PGR w Goczałkowie, położonym w okolicach Strzegomia, zaopatrując się w odpowiednią odzież. Ponieważ co do zasady nie dyskutowałam z zarządzeniami władz, a na miejscu w akademiku mi zależało, wybrałam się do Goczałkowa koleją z przesiadką we Wrocławiu. Na małej stacji w Goczałkowie oprócz mnie wysiadło z pociągu jeszcze parę studentek prawa „in spe” z różnych stron Polski, a m.in. Emilia Tłuczek (obecnie Lisak) i Krystyna Słabosz (obecnie Sawicka). Ze stacji zabrano nas samochodem ciężarowym lub traktorem z przyczepą (szczegółów nie pamiętam) do siedziby PGR-u (ok. 14-tu km od stacji), mieszczącej się w niewielkim pałacu, dosyć dobrze zachowanym przez wojnę. Komendant obozu (student II lub III roku Politechniki Wrocławskiej), przydzielił nam „kwaterę” w dużej sali w pałacu, (prawdopodobnie kiedyś balowej), z pięknym, jeszcze niezniszczonym parkietem oraz wspaniałymi stiukami na suficie. W sali tej każda z nas otrzymała metalowe łóżko polowe, wyposażone w materac i koc. O pościeli nie było mowy. Rzeczy osobiste trzymałyśmy w walizkach obok łóżek, ponieważ szafy nie było. Umywalka z zimną wodą w kranie znajdowała się na korytarzu. Nikt oczywiście nie śmiał zapytać o łazienkę z ciepłą wodą. Zdumienie nasze wzbudził widok sali podobnej obok, w której bezpośrednio na parkiecie wysypane było zboże. Widocznie nie było magazynu na ten cel.

Był to swego rodzaju obóz pracy dla studentów roku zerowego różnych uczelni, zarządzany przez młodzieżową komendę, złożoną ze studentów II i III roku Politechniki Wrocławskiej (było tam również parę dziewczyn). Komenda była łącznikiem pomiędzy nami, praktykantami a kierownictwem PGR-u. Jak by nie nazwać, był to swego rodzaju samorząd. Chłopcy z komendy obozu robili na nas, dziewczynach z prowincji, duże wrażenie, byli ważni, mieli świadomość pełnionej funkcji. Na początku komendant obozu udzielił nam rady charakterystycznej dla tamtego czasu: dziewczyny nie przepracowujcie się, spokojnie, bo się jeszcze w życiu napracujecie. Czas pokazał, że co do drugiej części tego credo, miał niewątpliwie rację.

Harmonogram dnia wyglądał następująco: pobudka o godz. 7.00, mycie w zimnej wodzie, śniadanie na stojąco w dużej stołówce, przy wysokich stołach.

Menu codziennie jednakowe: biała kawa zbożowa, słabo słodzona, z przewagą mleka, brak cukru do ewentualnego dosłodzenia, duże pokrojone kromy chleba, zwykła margaryna do smarowania, marmolada w blokach, pokrojona w duże kostki, ser topiony w kostkach oraz twaróg biały również krojony. Kawę piło się w blaszanych, półlitrowych kubkach. Herbaty nie było. Wszystkim to niewybredne jedzenie smakowało. Paczek z domu nie było.

Po śniadaniu cała ekipa była dzielona na grupy do poszczególnych prac. Nasza grupa w liczbie czterech dziewczyn (trzy jak wyżej plus czwarta, której tożsamość niestety uleciała z pamięci; może po przeczytaniu tych wspomnień odnajdzie się w przedstawionych realiach, za co będę wdzięczna), była codziennie dowożona traktorem z przyczepą na pobliskie pole. Na polu leżały w rzędach, wcześniej zżęte i powiązane przez snopowiązałkę, snopki pszenicy. W pierwszym dniu pracy brygadzista, który nas przywiózł, objaśnił na czym ma polegać nasze zadanie, po czym odjechał.

Było gorąco. Słońce parzyło, a my szłyśmy przez ściernisko w długich spodniach, bluzach z długimi rękawami, w rękawicach, podnosząc snopki i układając je po 5, 6 sztuk w kopce. Pracowałyśmy dokładnie, układając snopki tak, żeby dobrze się trzymały, ale nie spieszyłyśmy się, nikt nas bowiem nie pilnował ani nadzorował. Odpoczywałyśmy trochę, siadałyśmy na ściernisku, rozmawiałyśmy o studiach i o obecnej sytuacji, poznawałyśmy się wzajemnie. Było sympatycznie i tak czas nam upływał do godziny 14-15. Po tym czasie przyjeżdżał po nas traktor z przyczepą i zabierał nas do obozu. Obiadu nie było, lecz używając obecnego słownictwa, była to swego rodzaju obiadokolacja, drugi posiłek po pracowitym dniu, złożony z podobnego menu, co śniadanie. Nikt nie marudził, bo wszyscy byli głodni.

Wieczorem nie było żadnych rozrywek, nie było nawet telewizji. Jednakże kadra obozu postarała się o to, aby pozytywny obraz praktyki robotniczej zapisał się w naszej pamięci. W połowie turnusu zorganizowano ognisko na terenie PGR-u. W żarze ogniska piekliśmy ziemniaki (nie było mowy o kiełbaskach), a chłopcy z komendy obozu, zaprezentowali „program rozrywkowy,” śpiewając przy wtórze gitary niecenzuralne i niepoprawne politycznie piosenki. Wówczas po raz pierwszy poznałam repertuar biesiadnych i obozowych piosenek, które w późniejszych latach słyszałam ponownie na obozach studenckich czy rajdach turystycznych. Były to: ”widziałem Marynę raz we młynie”, ”Chachary”, ”Niech żyje nam towarzysz Stalin, co usta słodsze miał od malin, niech żyje nam towarzysz Roko, co jedną brew miał za wysoko”, ”Nikt nam nie zrobi nic (2x), bo z nami jest (2x) marszałek Śmigły Rydz” i tym podobne, dotychczas śpiewane. Dla nas, zwyczajnych dziewczyn z prowincji prezentowane przez chłopców z Politechniki sprośne, biesiadne piosenki i sposób ich przedstawiania były nie lada przeżyciem, które można opisać jako pomieszanie zgorszenia z dużym zainteresowaniem a nawet fascynacją. Reasumując, konsumpcja pieczonych ziemniaków z ogniska, połączona z podziwianiem chłopców z Politechniki z ich repertuarem, wryła się na zawsze w nasze młode głowy i dawała przedsmak życia studenckiego od strony rozrywkowej, które dopiero miało się przed nami otworzyć.

Trzeba powiedzieć, że warunków do prowadzenia bardziej urozmaiconego życia rozrywkowego w PGR Goczałków nie było, gdyż wcześnie wyłączano prąd elektryczny, jak się należy domyślać z przyczyn oszczędnościowych. Wieczorem bowiem pracownicy PGR-u młócili zebrane zboże w młockarniach, napędzanych prądem. W tym miejscu kojarzy się jedno ze sztandarowych haseł Lenina: „Komunizm to władza ludu plus elektryfikacja wsi” Zaznaczam, że nas praktykantów do nocnej młocki nie używano, wobec czego wcześnie szłyśmy spać. Jednakże chłopcy z Politechniki znajdowali sposób na zabawę przy piwie, hałasując i śpiewając do trzeciej w nocy, czego skutkiem były skargi pracowników PGR-u, mieszkających w sąsiednich budynkach, którzy przecież musieli wstać o 6 rano do pracy. Kierownik PGR-u interweniował w komendzie obozu, ale zdaje się z marnym efektem. Wśród chłopców z Politechniki byli zabawiacze i wesołkowie, zwracający szczególną uwagę takich zielonych gęsi, jak my. Jeden z nich jeździł z nami przyczepą w stronę pola i wyśpiewywał: Ebaba riba, Goczałków do grzyba, śmierdzącego grzyba” (powtarzać kilka razy). Do innych atrakcji, które nam zorganizowano, należała wycieczka do pobliskiego kamieniołomu w Strzegomiu, ukazująca ciężką pracę ludzi, zatrudnionych przy wydobywaniu kamienia służącego do budowy domów.

Po upływie około tygodnia pogoda zrobiła nam niespodziankę w postaci ulewnego deszczu, który dokumentnie zmoczył zboże w snopkach, tak pracowicie ułożonych przez nas w kopki na polu. Nie zdążono go zwieźć pod dach, a pozostawienie zboża w stanie mokrym na polu, groziło zniszczeniem zbioru. W tej nieoczekiwanej sytuacji otworzył się przed nami nowy front robót. Przez kolejne dni wożono nas przyczepą na pole w celu rozebrania kopców, po to, żeby zboże przeschło na słońcu. Nie pamiętam czy doszło do ponownego składania snopków w kopce.

Po upływie 14-tu dni odwieziono całą grupę przyczepą na stację kolejową, skąd wyruszyliśmy do swych domów, żeby cieszyć się czasem, który pozostał do końca wakacji. Punkty, które otrzymałyśmy pomogły nam uzyskać miejsce w renomowanym, nowym Domu Studenckim „Dwudziestolatka” Cel, który przyświecał praktyce robotniczej, zorganizowanej dla studentów roku zerowego, został osiągnięty. Po wakacjach spotkałyśmy się w ”Dwudziestolatce”, jak stare znajome, wspominając PGR Goczałków, a zwłaszcza chłopców z Politechniki.

Opracowała Danuta Sobolewska Opole

 

P.S.

Zwróćcie uwagę na prośbę Danusi: może po przeczytaniu tych wspomnień odnajdzie się czwarta uczestniczka praktyk, której Autorka tekstu nie może sobie przypomnieć?

Na winiecie zdjęcie obrazu Heleny Krajewskiej (Młocka w PGR) – z wystawy muzeum w Opolu

28 marca 2020

Więcej z działu "Zajęcia"...

  1. Praktyka robotnicza na roku zerowym
  2. Kto tak pięknie gra???
  3. Obóz wojskowy czerwiec – lipiec 1969
  4. Badania nad stanem gospodarstw rolnych i rozrywką
  5. Historia pewnego wyjazdu i jego następstwa.
  6. Ścieżki pamięci - seminarium w Bolkowie

Copyright © 2014 | Łukasz Parysek & Absolwenci Wydziału Prawa 1969